piątek, 7 listopada 2014

ZELO - Gdy chcę z tobą zamieszkać...





Tego dnia Zelo zapukał do drzwi zdecydowanie za wcześnie. Akurat, gdy cieszyłam się idealnym smakiem lodów bananowych przy dźwiękach swojej ukochanej piosenki. Jak zwykle wtargnął do środka z szerokim uśmiechem na twarzy, wrzeszcząc na całe gardło.
- Hej, Mala!
Po chwili już stał w salonie, wciąż szczerząc się głupio. Przestarzałe radio grało mocne dźwięgi, dynamicznego "Warrior", a ja mogłam tylko gapić się z niesmakiem na wielką, ciemną plamę na samym środku mojej ulubionej bluzy. Bo jak tu nie upuścić łyżki, gdy nagle ten wariat wrzeszczy mi nad uchem?
- Oppa! - z moich ust wydobył się cichy okrzyk oburzenia.
Wielki blondyn dopiero zerknął na moją drobną postać, skrytą pod grubym kocem i zamarł. Jego jasna twarz nagle straciła na blasku.
- Oj, Malcia, ja nie chciałem... - wymruczał z zakłopotaniem, zwieszając spojrzenie niczym skarcony szczeniaczek. Mruknęłam coś pod nosem, czując, że zaraz będę musiała opuścić przyjemne ciepło starego kocyka. Zelo oczywiście wyciągnął dłoń i powiedział to, co mógłby powiedzieć tylko taki wariat jak on.
- Daj mi, to ci wypiorę - oznajmił wesoło.
Nie mogłam się powstrzymać od delikatnego uśmiechu. Takie drobne rzeczy ściskały moje, małe Malkowate serce i sprawiały, że świat stawał się dużo piękniejszym miejscem. Zelo robił to już od najmłodszych lat, gdy spotkaliśmy się w przedszkolu i jakiś większy chłopiec zabrał moje kredki. Był zawsze obok i pomagał, jak tylko potrafił, zawsze dając z siebie wszystko.
Nawet teraz, gdy powoli usiadł na naszej starej kanapie z zielonego pluszu, wśród całkiem dziewczyńskiej, kwiecistej tapety wyglądał jak po prostu kolejna część wnętrza. Tu się wychowaliśmy podczas przepychanej na przestarzałych fotelach i zrzucając kolejne porcelanowe słonie z kolekcji babci Xiao. Razem zniszczyliśmy chyba wszystkie koronkowe obrusy, które kiedykolwiek znalazły się w tym domu, aż w końcu babcia zmądrzała na tyle, żeby kupić zwykłe serwety.
Ale wtedy Zelo wyjechał, a babcia odeszła i zostałam sama, jedna w tym wyssanym z ducha mieszkanku. Żyjąc wspomnieniami.
W jednym, szybkim ruchu zjęłam z siebie wygodną, czarną bluzę, zostając w samym podkoszulku. Gdy żartobliwie rzuciłam nią w sam środek twarzy biednego Zelusia, natychmiast musiałam znaleźć kolejny koc, by nie umrzeć z zimna.
Coś musiało się stać z ogrzewaniem, od kilku miesięcy to małe mieszkanko przepełniał chłód, a była przecież jesień. To nie jeszcze nie czas na lodowate, zimowe wieczory.
Po chwili poczułam jak Zelo rozkłada się na moich kolanach, wtulając się w cieplutki kocyk. Na mojej twarzy natychmiast wylądował płomienny rumieniec. Było jeszcze wcześnie, ale on tylko ziewnął przeciągle i zamknął powieki.
- Hej Mala - mruknął jeszcze cicho.
- Tak? - wychrypiałam ledwo słyszalnie, wtulając się mocniej w moją nową przytulankę.
- Powinnaś zamieszkać ze mną - oznajmił tak pewnie, jak jeszcze nigdy dotąd. Donośnie wymawiając każde słowo, jakby ćwiczył to przed lustrem przez bardzo wiele godzin.
Na moment zamarłam.
- Wiem, że to domek babci, ale ogrzewanie nawala i... masz daleko do pracy. Wcale nie chcę, żebyś go sprzedawała, po prostu... - natychmiast zaczął się jąkać.
Ledwo zdusiłam w gardle ten typowo dziewczyński chichot i wyszeptałam:
- Pewnie. Będzie bardzo miło.



niedziela, 2 listopada 2014

Zakazany owoc. I

       Ostatnia próba.
       Patrzę.
     Stoję tuż pod sceną a za mną rozciągają się olbrzymie trybuny. Już jutro wszystkie te miejsca będą zajęte przez wrzeszczące fanki. Na tle tłumu wzniosą się urocze transparenty, a tysiące głosów będzie wyznawać im miłość.
       Na razie wyglądają dość żałośnie.
   Banda azjatyckich chłopców próbuje wykrzesać z siebie choć odrobinę energii, a ja zastanawiam się, czy oglądam występ EXO, czy szkolne przedstawienie.
       Jest szósta rano.
     Ci od mikrofonów już ogarnęli nagłośnienie, ale nie wiem po, co to wszystko skoro i tak zamiast prawdziwych głosów przez głośniki rozbrzmi cudownie przekombinowany playback.
     Tuż obok słyszę jak stylistki donośnie zastanawiają się nad kolorem błyszczyka, który będzie dobrze komponować się z cerą D.O.
    Jeśli dobrze ogarniam sytuację, ten D.O ten dokładne ten, który cały czas jest pod dźwiękiem.
        Mam dosyć.
     Wchodzę za kulisy, mijając po drodze managera. Ten uroczy facet jest o wiele bardziej zafascynowany wieczornym wywiadem niż tym, że jego chłopcy są do kitu. Jeszcze mnie zaczepia, z idealnie wymalowanym uśmiechem.
       - I jak tam? Są świetni, prawda? - jakby był głupi.
      Wchodząc do środka, zastanawiam się, co zrobiłam źle. Dałam im świetną piosenkę, wręcz doskonałą - prawdziwe arcydzieło. Choreografia była może trochę zbyt ekspresyjna, ale firma nie chciała niczego nieprzekombinowanego. Jakimś cudem nie zmieniło się to w kupę kiczu.            Wciąż mieli jakiś tam czar, który sprawiał, że tysiące fanek wrzeszczało na trybunach.
   Beznamiętnie mijam wszystkich tych, którzy nie mają żadnego znaczenia. Stylistów. Choreografów. . Tych od nagrań. Tych od makijażu. Tych od wszystkiego innego. Otoczona przez błyszczące ekrany i twarze EXO w każdym kącie.
       Idę prosto do ich pokoju. Muszę pomyśleć.
       Gdzieś na środku białego korytarza pojawia się Hanji
    - Nie mam pojęcia, co robić. - prawie szepcze, ale widać, że się denerwuje. Tę śliczną koreańską buzię wykrzywia grymas niezadowolenia. Patrząc na niego z boku można by pomyśleć, że to tylko kolejny członek załogi. Nawet z tą ogromną sylwetką i masą mięśni przez dziecięcą twarz wciąż wygląda tylko na kolejnego dzieciaka.
       Błąd. To on tutaj rządzi.
     - Rozkręcą się, jak usłyszą fanów. Jest szósta rano, nie możemy za wiele wymagać - mówię zrezygnowana, a on tylko powoli kiwa swoją wielką głową.
      - Co zamierzasz?
    Nie mogę się powstrzymać od lekkiego uśmiechu. Wciąż potrzebuję mojej pomocy. Wciąż mnie szanuję.
     Chociaż on jeden.

    Garderoba EXO błyszczy w bieli. W powietrzu unosi się zapach słodkiej mięty i gorzkiej czekolady. Patrząc na trzy puchate kanapy i długie, jaśnięjące lustra, myślę o zupełnie innej sali. Tej, przed Madison Square Garden i o tłumie, który skandował moje imię. O chłopakach z Anonimusa. O pierwszym Grammy i o tym ostatnim, gdy już przestali pytać o prawdziwe imię.
       Wtedy nazywali mnie geniuszem.
      - Po prostu poślij kogoś po jedenaście mocnych kaw. Może wtedy wstaną na nogi - mówię, bezmyślnie gapiąc się lusto.
       - Ehm, ale... - jęczy.
       Oczywiście. Zabrakło mu ludzi, gdy wszyscy gapią się na uroczych azjatyckich chłopców.
       - Nie martw się. Sama pójdę.
***
   Pół godziny później stoję przez pokojem, ściskając w dłoniach tacę kaw. Cała drżę i za każdym razem, gdy już wyciągam dłoń, by nacisnąć na klamkę, nie mam dość odwagi, by wejść do środka.
     Po raz dziesiąty odstawiam kawy i zerkam na swoje odbicie w lustrze. Nie jestem śliczna i nie ważne ile razy będę zakrywać blizny one wciąż tam będą. Jasne, prawie białe włosy, irytującą odporne na farbę będą błyszczeć nawet pod ciemnym kapturem. Zresztą, czemu ja się tak przejmuję?
   Słyszę ich rozbawione głosy. Ciche chichoty, ożywione rozmowy. Ktoś trenuje - perfekcyjnie uderzając kolejne nuty. Gdzieś tam słychać Hanjiego, który powoli czyta scenariusz, cudem ogarniając te zabawną gromadkę.
     Dopiero teraz czuję jak bardzo są idealni. Wyjęci ze snu. Doskonali.
     Po prostu zamykam oczy i ruszam przed siebie.
      Już po pierwszym kroku uderza mnie ten blask. Szybko zwieszam wzrok. Nie mam jak się ruszyć.
- O kawa! - nie mam pojęcia, który z nich to wykrzyknął, ale jakimś cudem dodał mi odwagi. Wciąż nieśmiało zerkam przed siebie.
      EXO. Moja mała obsesja. Jedenastu boskich azjatyckim chłopców z nieziemskim talentem. Wciąż w luźnych ubraniach, śmieją się wesoło, jakby nieświadomi swojego idealnego blasku. Prawdopodobnie jedyni ludzie na planecie, którzy są w stanie wżerać te głupie przekąski, które kosztowały firmę marne grosze z tak wielkim zaangażowaniem. Widzę puste pudełko po żelkach i kilka misek z chipsami, w których jeszcze jakimś cudem zostały resztki.
      Są tutaj. Tak blisko.
     Pierwszy nadchodzi Sehun. Wpatruje się w kawę wzrokiem, którym drapieżnik obdarza swoją ofiarę. Nawet na mnie nie patrzy.
       Nie wiem, czy się cieszyć, czy płakać.
    Krok za krokiem ruszam przed siebie i czuję, jak powoli każdy z nich zaczyna mnie zauważać. Jedno krótkie spojrzenie. Westchnięcie. Okrzyk radości.
- Kawa! - to melodyjny głos D.O. rozbrzmiewa tuż obok mojego ucha. Delikatnie zerkam na tą odważną parę ciemnych oczu i wesoły, jaśniejący uśmiech. Nie potrzebuje makijażu, by lśnić.
       Delikatnie odstawiam tacę na mały dębowy stolik, a gdy tylko się odsuwam, oni legną do przodu, niczym stado bezpańskich psów. Jest coś uroczego w sposobie w jaki się przepychają wciąż radośni i pełni życia. Mogłabym się na nich gapić godzinami.
      Kątem oka zerkam na Hanjiego, zajętego przez swoje własne notatki. A potem dostrzegam coś jeszcze.
    Jeden z nich nagle patrzy prosto na mnie, kompletnie ignorując wszystko inne. Patrzy wzrokiem tak pięknym, że aż zabiera mi oddech.
    Ma ładne oczy, ciemne i przenikliwe. Promienny uśmiech, który sprawia, że sama na moment zapominam o wszystkim innym. O Anonimusie. O przeszłości. O głupiej firmie.
      Gdy się odwracam już nie myślę. W uszach gra muzyka na kolejną doskonałą piosenką. A na ustach rozbrzmiewa imię.

Chanyeol.