Tego
dnia Zelo zapukał do drzwi zdecydowanie za wcześnie. Akurat, gdy
cieszyłam się idealnym smakiem lodów bananowych przy dźwiękach
swojej ukochanej piosenki. Jak
zwykle wtargnął do środka z szerokim uśmiechem na twarzy,
wrzeszcząc na całe gardło.
-
Hej, Mala!
Po
chwili już stał w salonie, wciąż szczerząc się głupio.
Przestarzałe radio grało mocne dźwięgi, dynamicznego "Warrior",
a ja mogłam tylko gapić się z niesmakiem na wielką, ciemną plamę
na samym środku mojej ulubionej bluzy. Bo jak tu nie upuścić
łyżki, gdy nagle ten wariat wrzeszczy mi nad uchem?
-
Oppa! - z moich ust wydobył się cichy okrzyk oburzenia.
Wielki
blondyn dopiero zerknął na moją drobną postać, skrytą pod
grubym kocem i zamarł. Jego jasna twarz nagle straciła na blasku.
-
Oj, Malcia, ja nie chciałem... - wymruczał z zakłopotaniem,
zwieszając spojrzenie niczym skarcony szczeniaczek. Mruknęłam coś
pod nosem, czując, że zaraz będę musiała opuścić przyjemne
ciepło starego kocyka. Zelo oczywiście wyciągnął dłoń i
powiedział to, co mógłby powiedzieć tylko taki wariat jak on.
-
Daj mi, to ci wypiorę - oznajmił wesoło.
Nie
mogłam się powstrzymać od delikatnego uśmiechu. Takie drobne
rzeczy ściskały moje, małe Malkowate serce i sprawiały, że świat
stawał się dużo piękniejszym miejscem. Zelo robił to już od
najmłodszych lat, gdy spotkaliśmy się w przedszkolu i jakiś
większy chłopiec zabrał moje kredki. Był zawsze obok i pomagał,
jak tylko potrafił, zawsze dając z siebie wszystko.
Nawet
teraz, gdy powoli usiadł na naszej starej kanapie z zielonego
pluszu, wśród całkiem dziewczyńskiej, kwiecistej tapety wyglądał
jak po prostu kolejna część wnętrza. Tu się wychowaliśmy
podczas przepychanej na przestarzałych fotelach i zrzucając kolejne
porcelanowe słonie z kolekcji babci Xiao. Razem zniszczyliśmy chyba
wszystkie koronkowe obrusy, które kiedykolwiek znalazły się w tym
domu, aż w końcu babcia zmądrzała na tyle, żeby kupić zwykłe
serwety.
Ale
wtedy Zelo wyjechał, a babcia odeszła i zostałam sama, jedna w tym
wyssanym z ducha mieszkanku. Żyjąc wspomnieniami.
W
jednym, szybkim ruchu zjęłam z siebie wygodną, czarną bluzę,
zostając w samym podkoszulku. Gdy żartobliwie rzuciłam nią w sam
środek twarzy biednego Zelusia, natychmiast musiałam znaleźć
kolejny koc, by nie umrzeć z zimna.
Coś
musiało się stać z ogrzewaniem, od kilku miesięcy to małe
mieszkanko przepełniał chłód, a była przecież jesień. To nie
jeszcze nie czas na lodowate, zimowe wieczory.
Po
chwili poczułam jak Zelo rozkłada się na moich kolanach, wtulając
się w cieplutki kocyk. Na mojej twarzy natychmiast wylądował
płomienny rumieniec. Było jeszcze wcześnie, ale on tylko ziewnął
przeciągle i zamknął powieki.
-
Hej Mala - mruknął jeszcze cicho.
-
Tak? - wychrypiałam ledwo słyszalnie, wtulając się mocniej w moją
nową przytulankę.
-
Powinnaś zamieszkać ze mną - oznajmił tak pewnie, jak jeszcze
nigdy dotąd. Donośnie wymawiając każde słowo, jakby ćwiczył to
przed lustrem przez bardzo wiele godzin.
Na
moment zamarłam.
-
Wiem, że to domek babci, ale ogrzewanie nawala i... masz daleko do
pracy. Wcale nie chcę, żebyś go sprzedawała, po prostu... -
natychmiast zaczął się jąkać.
Ledwo
zdusiłam w gardle ten typowo dziewczyński chichot i wyszeptałam:
-
Pewnie. Będzie bardzo miło.
Tego dnia Zelo zapukał do drzwi zdecydowanie za wcześnie. Akurat, gdy cieszyłam się idealnym smakiem lodów bananowych przy dźwiękach swojej ukochanej piosenki. Jak zwykle wtargnął do środka z szerokim uśmiechem na twarzy, wrzeszcząc na całe gardło.
